sobota, 12 listopada 2016

10. Piosenkarka

5 października 2014, Dzielnica Shinjuku, Tokio

- Opuść broń, chcę tylko porozmawiać - jej głos przesączony jadem nienawiści oraz dumy, wyższości jaką unosi się najbrudniejsza władza. Scarlet zacisnęła dłonie na karabinie, nie zwalniając postawy gotowej do walki. Nie była głupia, łatwowierna, ani strachliwa. Już nie.
- Czego chcesz? - nigdy nie mieli wobec nich, wobec kogokolwiek, dobrych zamiarów. Kiedy Minerva zrobiła krok ku niej, ona zachowywała bezpieczny odstęp. Palec spokojnie spoczywał na spuście i wystarczyłoby jedno drgnięcie, by osoba przed nią przestała istnieć.
- Gra się zaczęła, więc każdy chce się zabawić. Nie tylko wy - w ostatnim zdaniu rozbrzmiała pogarda, przechodząca przez ciało Erzy zimnymi drganiami.
- My przynajmniej gramy sprawiedliwie. A wy...
- Udowodnił to ktoś? - Nie, ponieważ każdy kto mógł to ujrzeć, zginął. Czy tak powinna wyglądać ta gra? Czy plansza to zbyt szlachetne określenie?
- Posłuchaj...
- To ty mnie posłuchaj - przerwała jej niczym rodzic karcący dziecko, przewyższający go doświadczeniem, przeżyciami oraz mądrością. I to co po chwili usłyszała było równocześnie groźbą jak i ostrzeżeniem. - Raven Tail czai się na twoich kochasiów, i choćby nie wiem jak dobrzy byli, czegoś takiego nie odeprą, a tym bardziej nie przeżyją
Otworzyła szeroko oczy, tracąc na chwilę oddech przez niekomfortowy uścisk w żołądku.
- Dlaczego mi to mówisz? - usiłowała zachować opanowany ton głosu.
- Ponieważ Fairy Tail i Saberooth będą ostatnimi na tej planszy. Pokonamy was i wyrównamy rachunki - nie rozumiała toku ich myślenia, złych intencji jakimi się kierowali. O co w tym wszystkim chodziło? Nic z nich nie był normalny. I to nie teraźniejszość ich zmieniła, są tym kim są, ponieważ nie znając świata doświadczyli najgorszego bólu.
- Jesteście chorzy - niemalże wypluła te słowa, w ostatniej chwili powstrzymując się przed strzałem. Wcześniejsza wiadomość zmieniła jej priorytety, tok myślenia, przypomniała o niepokoju.
- Tak jak każdy z nas, Erzo - przerażająco spokojny ton dziwnie kontrastował z uśmiechem namalowanym na czerwonych ustach. Po prostu odeszła. Bez walki. Jedynie z jej zapowiedzią.


♦  ♦  ♦

12 maja 2007


- Nie masz mnie na własność...
Delikatne dłonie położone na czarnym mikrofonie, smukłe palce muskające charakterystyczną strukturę z każdym ruchem ciała, tańczącym do dźwięków melodii.
- Nie jestem jedną z Twoich wielu zabawek...
Śnieżnobiałe włosy, ułożone w delikatne fale opadały na drobne ramiona, potrafiące udźwignąć ogromny ciężar losu. Kobieca sylwetka odziana w elegancką, malinową suknię, wystarczająco długą by sięgnąć sceny. Seksowne rozcięcie po lewej stronie, ciągnące się od biodra, pozwoliło podziwiać długą nogę dziewczyny, przyciągającą wzrok przez, zdobiący udo, tatuaż. Delikatny materiał sunął po jej ciele niczym linia melodyczna granej piosenki. 
- Nie mów mi, że nie mogę wychodzić z innymi chłopcami...
Niebieskie tęczówki przesunęły po widowni, spoglądając spod wachlarzu gęstych rzęs. Błyszczące od makijażu powieki mieniły się złotem w świetle scenicznych reflektorów, dopełniając piękny obraz kobiecego dźwięku oraz pokusy, jaką stanowiła dla każdego mężczyzny.
- Nie mów mi co mam robić, nie mów mi co mam mówić...
Ujęła mikrofon w dłoń, robiąc krok w tył. Lśniące szpilki, w kolorze nude, zaznaczyły śmiałym ruchem linię parkietu. Zamknęła na chwilę oczy, zapominając o tym co ma przed sobą. Urodziwa kobieta, anielski głos, idealne ciało. Czyż można wyobrazić sobie inny ideał? 
- Proszę, gdy z Tobą wychodzę, nie wystawiaj mnie na pokaz...
Wyobrażać można sobie wiele, lecz ona nim nie była. Nieskazitelna skóra wielokrotnie umorusana w krwi, ręce skradzione najpiękniejszej rzeźbie ściskały kurczowo broń, by z każdą sekundą móc oddać strzał. Nigdy się przed tym nie wahała, nie żałowała wybranej drogi. 
- Nie masz mnie na własność...nie próbuj mnie zmieniać w żaden sposób...
Czy kobieta może być mordercą? Czy musi być idealna? Czy gdzieś zapisana jest jej delikatność i płochliwość? Potrafi znieść o wiele więcej niż ten świat może sobie wyobrazić. Można by pokusić się o słowa - kameleon. Czy nie przybierała różnych twarzy i strojów? Wygląda jak chce, na ile chce - od damy odzianej w szlifowane diamenty przez zwykłą dziewczynę za ladą barową, aż po uliczną prostytutkę. Gubił nie tylko jej hipnotyzujący głos, ale i perfekcyjna gra aktorska.
- Nie masz mnie na własność...nie związuj mnie bo i tak nigdy nie zostanę
Odwróciła się tyłem do widowni, pozwalając obnażyć swoje plecy, gdzie projektant pożałował materiału sukni. Dłoń przesunęła się po wyciętej talii, ku górze usiłując sięgnąć czegoś, co było po za zasięgiem zwykłego człowieka. 
- Ja nie mówię ci co mówić, ani co robić...
Miliony wspomnień przelatywały przez jej głowę, sięgając w najciemniejsze zakamarki umysłu. Kiedy zboczyła na ścieżkę przestępstwa? Czy tak mogła to nazwać? Po prostu robiła to co, chciała. Właśnie. To wedle prawa nie było działaniem uczciwym, ani moralnym.
- Więc po prostu pozwól mi być sobą, tylko o tyle cię proszę...
Kiedy była mała, wraz z dwuletnią siostrą siedziały przy matce, która przedstawiała im przeróżne utwory muzyczne, a one z zachwytem wysłuchiwały każdej historii opowiadanej przez słowa piosenek. Lisanna, zbyt mała, nie pamięta za wiele z tych wspólnych chwil. Nie pamięta również krwawego horroru, w jakim rodzice zostali im odebrani. 
- Jestem młoda i kocham być młoda
Byli zdani wyłącznie na siebie. Ona oraz jej młodsze rodzeństwo. Chroniła ich od tamtego czasu - najbardziej świadoma, najbardziej odważna, pozbawiona wszelkich skrupułów czy sprawiedliwości, które nigdy nie miały miejsca bytu. To człowiek wykreował to śmieszne słowo, które z biegiem czasu zyskało pewną wartość merytoryczną, jednakże nigdy nie zmieniło ludzkiego życia. 
- Jestem wolna i kocham być wolna
Czy decyzje jakie podejmuje są słuszne? Czy podążanie obraną ścieżką nie zaprowadzi jej do zguby? Czy zasługuje na jakąkolwiek łaskę wobec najwyższego sądu?
- Żyję tak jak chcę, mówię i robię, co tylko zechcę
Biodra zakołysały się w przyspieszony rytm muzyki, struny głosowe drżały wyrywając się spod władania zwykłej mowy. Długie linie melodyczne, przedłużane końcówki słów, rozkoszne oddechy. Umiejętność, której nie da się po prostu nabyć, której nauka wymaga wiele poświęcenia. Dar dany w prezencie od dnia przyjścia na świat.
- Ale wiedz, że nigdy nie spotkałaś kogoś takiego jak ja, ale...
Palce splotły się na statywie, odstawionego na swoje miejsce, mikrofonu. Jej wzrok przewiercił całą salę, spośród setek ludzi wypatrując tą jedną osobę, która odmieniła coś w jej życiu. I choć popełniała ten sam błąd, nie była w tym sama. Oni chronili się nawzajem, ona próbowała być jedyną tarczą. 
- Nie masz mnie na własność
Gray uśmiechnął się szarmancko, wyjmując dłonie z kieszeni, kiedy melodia ucichła.


Tak piękna kobieta skrywa tak demoniczną duszę

♦  ♦  ♦

5 października 2014, Hotel Shibuya, Tokio

Niebo skąpane w granacie godnym nocy Kairu - czyste, a jednak obsiane tysiącami gwiazd. Szumy pędzących samochodów, tupot ludzkich stóp, zmieszane głosy o różny tonie, migoczące dźwięki nowoczesnych urządzeń, przepełniających ulice Tokio. 
Opuszkami palców dotykała szerokiego, panoramicznego okna, przedstawiającego niczym obraz, infrastrukturę nowoczesnej Japonii. Przymrużyła powieki, próbując dostrzec cokolwiek w gęstym tłumie ludzi. Gdyby spoglądać na Ziemię z perspektywy lotu ptaka - przypomina ona to niebo nad nami. W nocnym granacie poruszają się małe kropeczki, oświetlone delikatnie nowoczesnością, która z daleka przypomina migoczące cyrkonie. I każda z tych osób jest jak mała gwiazda. W ogromnym świecie niewiele znacząca, a jednak dopełniająca to niebo.
Ona nie mogła znaleźć swojej gwiazdy. 
Nagie stopy poruszyły się delikatnie po panelowej strukturze podłogi, same nie znając kolejnego kroku. Podniosła wzrok, przyglądając się własnemu odbiciu. Wyobraźnia, czy też pragnienia, a może tęsknota pozwoliły jej zobaczyć za sobą te zielone oczy, poczuć ciepły oddech na swoim karku oraz silne ramiona oplatające ją w talii, jak obronna tarcza przed złem tego świata. Odwróciła głowę, a on rozpłynął się w naiwnym umyśle.
Żadnej wiadomości od poprzedniej nocy, żadnego śladu. Żadnego listu.
Gdzie jesteś? - Czy zamierzasz wrócić? 

♦  ♦  ♦

5 października 2014

Umysł ludzki tworzy obrazy niezależne od samego człowieka, wprawia go w błąd, wywołuje emocje, które ostatecznie mogą okazać się zgubne.
Woda brudnej kałuży rozprysła się na boki pod naciskiem buta, powracając do swego dawnego stanu. Ciało jest nietrwałe, raz zniszczone na zawsze zostaje oszpecone bliznami. Nigdy nie wraca do przeszłości. A raz odebrane życie, przestaje istnieć.
Skręciła gwałtownie w bok, dużymi haustami łapiąc powietrze. Wąska, ciemna uliczka uważana za niebezpieczną, miejsce gdzie normalny człowiek nigdy się nie zapuszcza. To był jej skrót, szansa. W głowie słyszała uciążliwe tykanie zegarka, nie, bomby.
Tik...tak...tik...tak
Wbiegła do zniszczonego budynku, nie dostrzegając niczyjej obecności. Zwolniła do chodu, wyrównując oddech. Przez potłuczone szyby, ostatnie promienie słońca wkradały się do pomieszczenia, tworząc obraz zarówno piękny jak i okrutny. Brudne ściany obryzgane krwią, stępione od uderzeń ciężkimi narzędziami, od strzałów broni palnej. To nie zwyczajne pole walki, jakie widziała za każdym razem. Tutaj wydarzyło się coś o wiele gorszego.
- Nie...
Oddech zamarł w piersi, ciało opuściły wszelkie siły, serce zagubione w swym rytmie pragnęło wydrzeć dziurę w kobiecym ciele. Jakby w zwolnionym tempie upadła na kolana, unosząc rzecz, którą zawsze chciała dotknąć, użyć, podziwiać. To było głupie marzenie.
Legendarny Mauser C96 produkowany w Niemczech w latach 1896-1939, którego wytworzono łącznie milion egzemplarzy. Działający na zasadzie krótkiego odrzutu lufy, zasilany niewymiennym magazynkiem - te elementy przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
Broń należąca do wyłącznie jednej osoby. Umorusana w krwi, pozbawiona dbałości i blasku, zniszczona od wystrzelanych naboi i nerwowego przeładowywania. Do momentu, kiedy i tego zabrakło.
Powoli wstała, słysząc własną krew krążącą w żyłach, kierującą nieregularnym biciem serca oraz drżącym oddechem. Jeden z świetlnych promieni płomiennego słońca padło na jej posturę oświetlając szkarłat, ginący wśród krwawego dywanu zbyt okrutnej walki. Niesprawiedliwej, nieuczciwej, zasługującej na zemstę.
- Nigdy wam tego nie wybaczę
Melodia, do której zwykła tańczyć - cichła.





Niespodzianka? Sama jestem zdziwiona, że cokolwiek napisałam, ale tak nagle...wena po prostu przyszła, więc czemu by jej nie wykorzystać. Rozdział krótki, sama musiałam sobie przypomnieć całą historię, ale nie mogę obiecać, że rozdziały będą dodawane regularnie. 

niedziela, 19 kwietnia 2015

9. Żołnierz

5 października 2014, Hotel Shibuya, Tokio

Ociężale sięgnął po telefon, żeby wyłączyć denerwujący budzik. Powoli usiadł, przecierając zaspaną twarz dłońmi. Godzina 4:30 nie należała do jego ulubionych. 
Siedział przez kilka minut, próbując się przebudzić i zmotywować do wstania. Spojrzał przez ogromne okno, na poranną panoramę miasta. Zszedł z łóżka, naciągając czarne, dresowe spodnie na nogi. Nie powstrzymał uśmiechu na widok śpiącej blondynki. Nachylił się nad nią, składając delikatny pocałunek na obojczyku. Klęknął przy łóżku, przejeżdżając szorstkimi opuszkami palców po nagim ramieniu. Każdy gest wykonywał z czułością, bez podtekstów seksualnych. Była piękna, dla niego idealna - bez najmniejszej wady. 
Niechętnie wstał, kierując się do kuchni. Światło poraziło jego oczy, w wyniku czego potrzebował parunastu sekund na przywyknięcie wzroku. Nastawił wody na kawę, otwierając lodówkę w poszukiwaniu czegoś dobrego na śniadanie. Potarł kark, ziewając przeciągle. 
- No co? - Odebrał telefon, czując wibracje w kieszeni. Nie musiał spoglądać na wyświetlacz, żeby wiedzieć kto jest nadawcą. Zalał kawę wrzątkiem i mlekiem, leniwie mieszając.
- Podjedziesz po mnie? Ostatnio ja jechałem - Albo nie ma paliwa, albo zostawił gdzieś samochód, albo po prostu nie chce mu się wcześniej wychodzić. Dragneel rozważył w głowie te opcje, doskonale znając przyjaciela. 
- Dobra, będę o...zadzwonię ci jak będę wyjeżdżał - Poprawił się upijając łyk pobudzającej kawy. 
- No dobra, to zaczynam się zbierać - Po tych słowach skończyli rozmowę. Salamander odłożył telefon na blat, wyciągając składniki na kanapki. Jego ruchy były dość leniwe i powolne. Zdecydowanie się nie wyspał. Czemu musiał zaczynać pracę tak wcześniej? 
Trzymając w jednej dłoni kromkę z sałatą, szynką, serem, pomidorem i ogórkiem, zaś w drugiej kubek parującego napoju wszedł do gabinetu, kładąc naczynie na biurku. Wyciągnął z szuflady Mausera C96. Otrzepał dłonie z okruszków, zgarniając dokumenty, wciąż leżące w drukarce. Westchnął ociężale, wracają do kuchni po kolejną kanapkę.
Zerknął za zegarek, pozbywając się duszkiem reszty kawy. Szybkim krokiem zniknął za drzwiami łazienki, wchodząc pod prysznic. 
Zimny strumień wody ocucił zaspany umysł różwowowłosego. Jego plecy szpeciła blizna uzyskana na ostatniej misji. Rozważał powiększenie tatuażu w celu zasłonięcia szramy. Zawsze tak postępował. Nienawidził blizn - pieczętowały przeszłość, którą pragnął posłać w niepamięć. 
Obwiązał biały ręcznik wokół bioder, przeglądając się w lustrze. Nałożył piankę do golenia, precyzyjnymi ruchami pozbywając się delikatnego zarostu. Przemył twarz zimną wodą, zaczynając szczotkować zęby.
Wykonywał zwyczajne, codzienne czynności jak każdy mężczyzna. Zaraz po tym chwyci broń, wchodząc na planszę brutalnej oraz krwawej gry.
Czarne, proste spodnie kontrastowały z granatową bluzką z długim rękawem i dekoltem wyciętym w serek. Ciemnobrązowe, jesienne buty od Tommy'ego Hilfigera, oraz grafitowa, sportowa kurtka.
Schował Mausera do kabury, idąc w stronę łóżka. Kucnął przy jego brzegu, gładząc kciukiem policzek ukochanej. Uśmiechnął się ciepło, składając czuły pocałunek na jej czole. Dzisiaj nie zostawi liściku, ani żadnej wiadomości - jako znak, że na pewno wróci. Nie potrafił odwrócić wzroku od ukochanej, kochał na nią patrzeć, podziwiać lekką urodę. Przejechał kciukiem po dolnej wardze Heartfilii, składając pocałunek w owym miejscu.
- Do zobaczenia wieczorem - Szepnął, ociężale podnosząc się na nogi. 



♦  ♦  ♦


Siedział w samochodzie, stukając nerwowo palcami o kierownicę. Ileż można czekać na Graya? Westchnął ciężko, opierając skroń na dłoni. Kątem oka zerknął przez szybę.
- Jestem - Brunet wsiadł do pojazdu, poprawiając kaptur czarnej bluzy. Na powitanie otrzymał mordercze spojrzenie Dragneela. - No co?
- Jajco. Dłużej się nie dało? - Nieco zirytowany przekręcił kluczyk w stacyjce. Fullbuster jedynie przewrócił oczami, zapinając pasy bezpieczeństwa. Nie będzie mu się tłumaczył, zwłaszcza że Natsu sam nie zawsze jest punktualny. 
- Ma namiary?
- W schowku. Cana wszystko przesłała
Brunet wyjął plik dokumentów, dokładnie je przeglądając.
- Raczej do nieba nas nie wezmą - Zażartował, widząc liczbę zleconych zabójstw.
- Złego diabli też nie biorą - Skręcił w odpowiednią stronę, zgodnie z poleceniem GPS. Słońce wschodziło ku horyzontowi, nadając dotychczas ciemnemu niebu, porannych barw. 
- Nie żebym nie wierzył, że damy sobie radę czy coś...ale jakim cudem mamy zabić dziesięć osób. I co to u diabła jest Eisenwald? - Przekartkował szybko wszystkie strony, zwracając wzrok na różowowłosego przyjaciela, który skupiał się bardziej na prowadzeniu samochodu niż na słowach Fullbustera. Z resztą tak jak zawsze.
- Tak jak powiedziałeś, cudem. Co ja informacja, żeby wszystko wiedzieć? 

- Jak taki mądry zawsze jesteś, to chyba powinieneś - Na dźwięk tych słów, Dragneel uniósł jedną brew ku górze, ledwo powstrzymując dłonie przed przekręceniem kierownicy w odpowiednią stronę, by pasażer miał bliskie spotkanie z budynkiem lub innym pojazdem. W gruncie rzeczy potrzebował go do współpracy, więc taki bieg wydarzeń był niekorzystny dla obu stron. 
- Sprawdź to inteligencie, nie robisz w tym od wczoraj - Ponaglił go, zbliżając się do odpowiedniego miejsca. Gray prychnął pod nosem, wyciągając z kieszeni czarnego smartfona. Byli najlepszymi przyjaciółmi, a mimo upływu tak wielu lat wciąż pozostawali tacy sami. Ich docinki stały się nieco bardziej odpowiednie do wieku, to była jedyna różnica. Ale czy człowiek nie ukrywa swoich słabości pod kruchą powłoką?
- Sprawdziłem w naszej bazie danych, nieco to uzupełnili. Einswald - powstali znikąd, i...chcą dołączyć do naszej gry - Zaśmiał się, przewijając tekst. - Wykonują czarne zlecenia, czyli zabijając naszych klientów i dodają nam roboty - Sprostował, blokując ekran. - Czyli jak ich nie zabijemy a następny raz rozwalisz samochód, to nie będzie nowego

- Jak bardzo wkurwiający potrafisz być? - Zapytał, parkując samochód na niecodziennie pustym parkingu, jak na normalny dzień pracy w centrum Tokio.
- Dla ciebie mogę się postarać 
- Oh przestań bo będę musiał cię uściskać - Odparł, wysiadając z pojazdu. Ostatni raz sprawdził czy ma naładowaną broń i wszystko co potrzebne, by szybko i zwinnie wykonać zlecenie. Co tym razem wydawało się nieco trudniejsze. 
- Czemu mam wrażenie, że przez tą miłość zabrakłoby mi tchu? - Zwrócił się bardziej sam do siebie, zrównując krok za różowowłosym. 


♦  ♦  ♦

Hotel Shibuya, Tokio


Otworzyła powoli oczy, zadziwiająco pobudzona, choć nawet nie rozbrzmiał dźwięk budzika. A może zaspała? Zerknęła na wyświetlacz telefonu. Odruchowo zaczęła szukać wzrokiem niewielkiej karteczki z charakterystycznym, niedbałym pismem. Szafka, łóżko, stolik - nigdzie ani śladu wiadomości. Z jakiegoś powodu wywołało to uśmiech na jej twarzy.
Przeciągnęła się, czując jak pojedyncze promienie słońca padają na jej smukłą posturę. Wzrok brązowych tęczówek mimowolnie powędrował na miejsce partnera. Położyła głowę na jego poduszce, wdychając charakterystyczny zapach Natsu. Oplotła ją ramionami, podkulając nogi pod piersi. Pragnęła, choć przez tydzień, budzić się koło niego, móc przytulić na powitanie, pocałować słodkie usta i usłyszeć zachrypnięty głos. Czy wymagała zbyt wiele?

Codziennie był tak blisko niej, a równocześnie tak daleko. Zamknęła oczy, wyobrażając sobie że ten różowowłosy chłopak leży obok niej, silną dłonią gładząc drobne plecy. Iluzja umysłu wywołała przyjemne ciepło doprawiane mrowieniem, rozchodzące się po całym ciele.
Po paru minutach zwlekła się z łóżka, odganiając marzenia o ukochanym. Szkoła, jak i codzienne obowiązki, czekały. Spokojnym krokiem ruszyła do kuchni, zaś jej wzrok powędrował w stronę ciemnych drzwi, wprowadzających do gabinetu Dragneela. Jakaś nieznana siła, ciekawość, intryga ciągnęły ją w tamtą stronę, by odkryć tajemnice, kryjące się w tej jednej osobie. 


♦  ♦  ♦


Dzielnica Shinjuku, Tokio

Erza przyglądała się dwóm znajomym sylwetkom, krzyżując ramiona na piersi. Szkarłatne pasma luźno opadały na smukłe plecy, odziane czarną, dopasowaną bluzką z podwiniętymi do łokci rękawami, doskonale podkreślającymi kobiece walory. Spokojny krok za krokiem szła do przodu, gdzie słychać było cichy stukot ciemnobrązowych kozaków zasłaniających łydki i część ciemnych dżinsów. Uniosła podbródek, zatrzymując ruch, kiedy do jej uszu dotarł nieznaczny szmer. Sięgnęła po zawieszony na plecach Karabin UZI SMG. Jest to broń strzelającą amunicją małokalibrową bocznego zapłonu. Posiada on składaną kolbę, bezpiecznik manualny oraz bezpiecznik chwytowy. Obudowę z aluminium lotniczego o podwyższonej wytrzymałości, dzięki czemu miała pewność że broń przetrwa nawet jej działania. Magazynek mieście 20 nabojów, zaś kaliber wynosi 22 LR. Wyposażony jest również w przyrządy celownicze, takie jak przeziernik, regulowany w pionie i w poziomie.
Nie chowaj się.
Szepnęła w myślach, brązowymi tęczówkami mierząc otaczający ją krajobraz nowoczesnego miasta. Choć ta uliczka była pusta, zaniedbana, wyniszczona od ciągłych walk i sporów. 
Odwróciła się napięcie, kładąc wskazujący palec na spuście. 
No dalej, wychodź.
Obserwując niewidoczne ruchy, zachowywała zimną krew. Czarne pasma mignęły w zasięgu wzroku, dając jedną nieznaczącą wskazówkę. Cichy chichot, śpiewany kobiecym, mrocznym tonem, wywołujący pewnego rodzaju niepokój.
Świst powietrza przecinanego ołowianym nabojem tuż obok jej głowy, zmusił by wszystkie mięśnie napięły się niebezpiecznie. 

Mam cię.
Przed strzałem powstrzymała ją postać intruza. Smukła kobieta o wschodnim wyglądzie. Długie, ciemne, proste i błyszczące włosy, sięgające dolnej części pleców. Makijaż przypominający styl gejszy -  pełne usta pokryte ciemną, błyszczącą szminką. Skośne, ciemne oczy otoczone wachlarzem długich rzęs. 
- Witaj, Erzo - Powitała ją dumnym tonem, unosząc wysoko podbródek. 
- Minerva - Tylko to jedno imię zabrzmiało z ust szkarłatnowłosej.

♦  ♦  ♦

Bunkyo - niedaleko Uniwersytetu Tokijskiego, Tokio

Przesunęła kciukiem po spękanej powierzchni fotografii, nie mogąc oderwać wzroku od uwiecznionej na niej kobiety. Między nią a Dragneelem było pewne podobieństwo, a równocześnie diametralna różnica.
Odwróciła zdjęcie na drugą stronę dostrzegając niewyraźny napis Hana Dragneel 1996. Przymrużyła powieki, obliczając w pamięci ile lat miał wówczas Natsu - zaledwie sześć. Wyobrażała go sobie jako żywiołowego, wesołego, uroczego chłopca z szerokim uśmiechem, iskrzącymi entuzjazmem zielonymi, wielkimi oczyma oraz bujną, rozmierzwioną, różową czupryną.
Po zajęciach nie chciała wracać do pustego domu, siedzieć w samotności i smutnej ciszy.
Jasnobeżowy, zasłaniający połowę ud sweter, w kroju przypominający sukienkę, do której dobrała czarne rajstopy oraz brązowe, skórzane kozaki sięgające do kolan. Proste, blond włosy opadające na, okryte płaszczem, ramiona oraz plecy. 
Sięgnęła po telefon z nadzieją, iż będzie na nią czekała wiadomość, połączenie od ukochanego. Westchnęła z rezygnacją, chowając urządzenie.


♦  ♦  ♦

Klub "BlackDogs", Tokio

Głośna muzyka dudniła w jej uszach, ciężki zapach alkoholu unoszący się w całym pomieszczeniu. Kolorowe światła drażniące oczy wśród ciemności tanecznego klubu. Podniesione głosy rozmowy, energiczne ruchy, zachęcające gesty.
Przedzierała się między ludźmi z delikatnym uśmiechem podkreślonym malinowym odcieniem szminki. Śnieżnobiałe kosmyki idealnie wyprostowanych włosów opadały na ramiona i plecy, doskonale prezentując grafitową bluzeczkę na cienkich ramiączkach z czterema zwiewnymi falbankami z przodu. Długie nogi podkreślone skórzaną, obcisłą spódnicą, zasłaniającą zaledwie jedną-trzecią ud. Całość stroju zakończona czarnymi szpilkami z platformą, odkrywającymi palce. Dopełnione złotym łańcuchem na pięcie. Duże, niebieskie oczy upiększone mocnym makijażem, opierającym się na gęstych rzęsach i stopniowo nanoszonymi cieniami na ruchomą część powieki. Wewnętrzny kącik zaznaczony na biało, przechodzący w szarość, zakończony pewnym pociągnięciem czerni.
Podeszła do wypatrzonego w tłumie mężczyzny, kładąc zgrabną dłoń na ramieniu. Zmierzył ją pożądliwym spojrzeniem, wyginając kąciki ust w nonszalanckim uśmiechu.
- Masz ochotę na drinka? - Zapytał, próbując być usłyszanym przez głośne basy trzęsące salą. Zajęła miejsce obok niego na wysokim krześle barowym, zakładając nogę na nogę. - Dwa razy White Bull! - Zawołał do kelnera, na powrót skupiając swoją uwagę na Mirajane. 
Kobiety mają swoją własną broń. Nie jest ostra, nie robi huku, nie zajmuje wiele miejsca, nie jest obciążeniem. Kobieta sama w sobie jest niebezpiecznym narzędziem, i jeśli tylko pragnie dostanie to czego chce.
Stukała rytmicznie paznokciami o blat, odbierając drink od kelnera. Upiła łyk, pozostawiając na szklance kształt malinowych warg. Spojrzała na mężczyznę spod wachlarzu czarnych rzęs, myśląc o wykonaniu zlecenia. Zabawą nie był taniec na parkiecie, a manipulowanie drugim człowiekiem. 
- Chodźmy w ustronne miejsce - Zaproponowała, co było propozycją nie do odrzucenia. Zgodził się, bez choćby sekundy wahania. Kilkoma łykami wypił zawartość szklanki, podczas gdy Strauss odstawiła alkohol, musząc polegać na pełnej świadomości umysłu. 
W tle rytmiczna melodia Crazy in love prowadziła ich przez zatłoczony parkiet do wyjścia, wprawiając ciała w taneczne, pełne pokusy ruchy. 
Przechodząc obok ochroniarza sprawnie pozbawiła go broni.
Przyparta do ściany, podniosła głowę by spojrzeć w oczy ofiary.
- Więc...co masz ochotę robić? - Gra się rozpoczęła. Ranga, specjalność nie miały tutaj znaczenia. Każdy z nich sięgał po narzędzie mordu, eliminując przeszkody w drodze do zwycięstwa. 

- Wykorzystać cię - Pociągnęła za spust, nie dając mu możliwości odpowiedzi. Kula przeszyła umięśnioną posturę, opadającą bezwładnie na ziemię. - Nie byłeś w moim typie - Szepnęła, wyciągając ze sportowej marynarki portfel i klucze, otwierające drzwi do celu. 
Spokojnym krokiem, jak gdyby nic się nie stało, ruszyła w swoją stronę. Wpisała odpowiedni numer, przykładając smartfona do ucha.
- Trzeba posprzątać  

To nie melancholijna gra na pianinie. W każdym detalu zgłębisz różnicę. Palce nie drażnią delikatnością czarno-białych klawiszy - furiacko pociągają za spust. Sonorystyka nie tworzy charyzmatycznych dźwięków - huk wystrzelanego naboju trwa ułamek sekundy. Finezja nie prowadzi ciała w kompozycyjny taniec - kieruje w szkarłatną przełęcz grzechu.


♦  ♦  ♦

Hotel Shibuya, Tokio

Albert Einstein powiedział kiedyś -"Najważniejsze, abyśmy nigdy nie przestali zadawać pytań. Ciekawość ma swoje własne racje istnienia. Nie sposób nie oniemieć z zachwytu, gdy kontempluje się tajemnice wieczności, życia, czy też wspaniałej struktury rzeczywistości. Wystarczy spróbować pojąć choćby drobny fragment tej tajemnicy każdego dnia. Nigdy nie wolno utracić tej świętej ciekawości". 
Nie w sposób się z nim nie zgodzić, prawda? Człowiek jest stworzeniem ciekawym otaczającego go świata, pragnie przygód, poznawania niewiadomych, odkrywania nowych rzeczy, chce mieć wszystko na własność. Natura ludzka skłania się do rządów terroru oraz namiętności władzy. 
Nie reaguje na ostrzeżenia, jeśli coś skupi jego uwagę, będzie dążył uparcie do celu. Z czasem takie postępowanie można uznać za słuszne, choć może sprowadzić na nas fatum. A więc dlaczego człowiek uparcie dąży do poznania tajemnic życia? 
Odpowiedź kryje się w każdym z nas, bo nikt nie potrafi poskromić żądzy ciekawości. Bądźmy na tyle świadomi, by ponieść konsekwencje popełnionych błędów.
- Co jeszcze ukrywasz Dragneel? 
Mimo wyraźnego zakazu siedziała w nowoczesnym gabinecie, przeglądając każdy jego zakamarek. Jak to jest? Być z kimś w poważnym związku i nic o nim nie wiedzieć, chociaż on wie o tobie wszystko? Nazwać to niesprawiedliwością, czy chodzącą tajemnicą? 
Niedbale napisane notatki, wydrukowane informacje - wszystko związane z pracą, nie zdradzające zupełnie nic. Westchnęła ciężko, podwijając rękawy beżowego swetra. Kątem oka zerknęła na zamkniętą szufladę. Gdzie był klucz? Coś co jest szczelnie skryte przed innymi, skrywa najwięcej niewiadomych. 
Przyniosła z pokoju wsuwkę, majstrując nią przy zamku. Otworzy to, po tylu latach uchyli rąbka tajemnicy, nawet jeśli będzie na nią zły. Ile można się ukrywać? 
- Nie tylko ty jesteś sprytny - Oznajmiła triumfalnie, zaglądając do środka. Wyjęła całą szufladę, siadając na podłodze. Artykuły, wycinki gazet, reportaże, niewyraźne zdjęcia - wszystko związane z jedną osobą. Kto to był? Żaden z tych faktów nie przemawiał do niej, ale tak bardzo kogoś przypominał. Czy Natsu prowadził jakieś własne dochodzenie? To na pewno nie było związane ze zleceniami Fairy Tail. 
Ostrożnym ruchem wyjęła z samego dna plik zdjęć. Kilka przedstawiających ją, ich razem...i jego przyjaciół. Otworzyła szerzej oczy, nie mogąc w to uwierzyć.
Trzy osoby przedstawione na pogiętej, lekko zdartej fotografii. Natsu, Gray i jakiś niebieskowłosy, przystojny chłopak ze szkarłatnym tatuażem zdobiącym jedną stronę twarzy. Nie to ją zaskoczyło, a fakt, iż ich dobrze zbudowane ciała odziane były w żołnierskie mundury. Wszystko wydawało się jeszcze bardziej komplikować.
Na barkach zarzucone ramiona, usta ozdobione zadziornymi, młodzieńczymi uśmiechami, luźne postawy. Oczy każdego z nich powierzchniowe malowały beztroskę i radość, jednak wgłębi kolorów dostrzegała wolę walki, powagę, honor. 
Z niewoli państwowej służby, do więzów bezwzględnego mordercy. 

♦  ♦  ♦

12 lipiec 2009

Spośród setek żołnierzy, nie możesz się wyróżnić, nie możesz być kimś więcej. Jeśli wyjdziesz po za szereg, zostaniesz przestrzelony.
Czym jest ta służba?
Ryzykiem, sprawdzianem odwagi, walką, a dla niektórych pewną śmiercią. Twą powinnością jest oddać życie za honor, zwycięstwo, słuszność. 
Jeden z nich stoi na baczność, z dłonią zaciśniętą w pięść, przyłożoną do serca. Twarz pozbawiona wszelakich emocji. Strach, radość, ból, miłość - nie ma tu na nie miejsca. Wsłuchuje się w szorstki, stanowczy głos przywódcy. Nie może zaprzeczyć, nawet jeśli to co głosi jest niemoralne. Nie może wyrazić własnego zdania. Kara jest bolesna.
Na samym początku było tu tysiące kadetów, zaledwie miesiąc później kilka setek, teraz pozostała zaledwie garstka.
Ktoś się sprzeciwił. Postanowił wygrać swoją rację. Nie odwrócił głowy, aby tam spojrzeć. Nie zmienił swej pozycji. Doskonale wiedział co to za ból i upokorzenie. Popełnił ten sam błąd wiele razy, nim zrozumiał jak niską rangą jest. Podlega rozkazom, obowiązkiem żołnierza jest wykonywanie tego, co nakażą. 
Zrozumieją, dlaczego tak jest. Noszą te same mundury, wykonują te same ruchy. Jak pionki. Nie mogą być spuszczeni z łańcuchów. 
Ktoś ma coś jeszcze do powiedzenia?!
Zacisnął mocno zęby, pozostając niewzruszonym. Przeszedł obok niego, mierząc dowódczym spojrzeniem. 
- Odmaszerować! Czwarta rano zbiórka, nie akceptuję spóźnień
To właśnie jest wojskowa służba. Ostry rygor, test wytrzymałości - bycie psem na rozkazy.
Trochę wymęczony bo wymęczony, ale jest. Przepraszam za błędy i nudę, bo nie ma tu praktycznie żadnej akcji. Trzeba się wziąć do roboty, no naprawdę. Dlaczego wena mnie opuszcza? W sumie nie mam zbyt wiele do powiedzenia, ale powiedziałam że będzie rozdział i jest. Średnio mi się podoba, no ale co zrobić.

niedziela, 7 grudnia 2014

8. Pianista

3 października 2014, Posiadłość Heartfiliów

Przez potężne okna, zdobiące malownicze ściany korytarza, padały ostatnie promienie zachodzącego Słońca. Na horyzont wstępował srebrzysty księżyc, z każdą minutą stając się co raz wyraźniejszy. Niebo płonące ognistymi barwami, zalewała fala nocnych kolorów.
Jego ciche kroki rozbrzmiewały echem w ogromnym wnętrzu budynku. Obrazy warte tysiące obwieszały mury, dodając im elegancji oraz wyrafinowanego szyku. Dom na miarę królewskiego pałacu. Jednak nie słysząc nikogo czujesz się samotny, jedyny. Niewiele znaczący w tej olbrzymiej przestrzeni. 
Przez uchylone drzwi dostrzegł niemalże pusty pokój. Przypominał salę balową, wybudowaną w neorokokowym stylu. Zbudowana na planie koła. Parkiet w drewnianym kolorze złotej czereśni, przyozdobiony na samym środku rozetą z naturalnego buku. Boazeryjne ściany z, pokrytymi dukatowym złotem, sztukatorskimi elementami. Portiery okienne z lambrekinami, wykonane z atłasów dostosowanych kolorystycznie do wystroju wnętrza. Okna z witrażowymi przeszkleniami. Pozłacane kinkiety i żyrandol, pochodzące z identycznego wzoru. Marmurowy kominek, będący bardziej ozdobą niż źródłem ciepła, również znajdował swoje miejsce przy jednej ze ścian. Wiszące nad nim, bogato zdobione, lustro odbijało szlachetny krajobraz wnętrza. Na samym środku sali stał drewniany fortepian w kolorze wenge. Uniesiona nakrywa odsłaniała struny, dając szansę na podziwianie tańca wykonywanego przez nie podczas grania. Artystycznie wykrojone wzory na stojaku, gdzie artysta kładzie swe nuty. Złocone napisy i poszczególne elementy dopełniały jego szlachetność i piękno. 
Powoli wszedł do pomieszczenia, idąc w stronę instrumentu. Opuszkami palców musnął delikatną strukturę, niepewnie siadając przy klawiszach. Z wahaniem zaczął grać znaną sobie melodię, podążając wzrokiem za palcami, które same wędrowały po czarno-białej ścieżce. Ponownie poczuł jej gładkie dłonie, prowadzące dziecięce rączki ku sztuce.

Jasnoróżowe, proste włosy sięgające zakończenia smukłych pleców. Łopatki pracowały wraz z ramionami, kiedy aksamitne dłonie kierowały wypielęgnowanymi palcami po czarno-białych klawiszach. Czarne oczy wyczytywały linię melodyczną nut, składając atrament w melancholijną melodię. Delikatne rysy twarzy dopełniały urokliwy uśmiech, zdobiący jasne lico. Szczupła postura odziana w perłową suknię z delikatnego materiału, sięgająca kolan. Lekki krój z długimi rękawami oraz odsłoniętymi plecami. Złota obrączka zdobiła serdeczny palec.
- Spróbuj, Natsu. - Załapała dłoń syna, kierując ją na odpowiednie klawisze. Opatulała go smukłymi ramionami, obdarowując poczuciem rodzicielskiego ciepła.
Twarz chłopczyka przyozdobił szeroki uśmiech, oddający młodej twarzy pewnego rozświetlenia, wywołującego pożar uczuć w sercu. Prowadząc jego dłonie przez czarno-białą ścieżkę melodii, pozwoliła wkroczyć w piękny świat artysty. 
Powolna, choć wywoływała szybsze bicie serca. Spokojna, a sprawiała że pragniesz więcej. Smutna, a jednak powodowała pozytywne, radosne odczucia. Na swój sposób - magiczna.  


- Pięknie. - Za plecami usłyszał spokojny głos Layli. Pojedynczymi krokami zawitała do sali. Jej młodo wyglądające lico przyozdabiał delikatny, niczym aksamit, uśmiech. Blond włosy upięte w eleganckiego koka, dodawały jej poważnego wyglądu. Nie odwrócił się, by zaszczycić ją swym spojrzeniem. Nie teraz, kiedy wspomnienia zapanowały nad jego skamieniałym sercem, znajdując pojedyncze pęknięcia. W zielonych tęczówkach zagubiła się pewna dawno zaginiona barwa tęsknoty, spokoju, dopełniona przeszłością. - Ta sala jest wyjęta z XIX wieku. Kiedy tu wchodzę, mam wrażenie że otwieram ogromną księgę przeszłości. Widzę te przepiękne suknie, uszyte z najmniejszą dokładnością. Spojrzenia, ruchy, słowa godne prawdziwej szlachty. Czasy choć piękne, jakże niesprawiedliwe. 
Rozejrzała się po pomieszczeniu, na sam koniec zatrzymując wzrok na Dragneelu. Nie wypowiedział ani jednego słowa, wysłuchując spokojnego głosu kobiety. Długie palce drażniły dotykiem klawisze, z wrażliwością i wahaniem, nie pozwalając wydać żadnego dźwięku. Przymrużył powieki, obserwując ozdobioną tatuażem dłoń. 
- Wydawano cię za mąż, chociaż nie kochałaś. Jakby twoje uczucia nie miały żadnego znaczenia. Czytałeś Annę Kareninę?
Zamknięta w klatce obowiązku. Spętana łańcuchami przeznaczenia, skutymi nie przez los, a najbliższych ludzi. Oglądasz świat zza krat bólu i smutku, nakładając maskę szczęścia i dostatku. A jednak - twe kruche serce krwawi, spragnione namiętności, delikatności, nieznanego uczucia. Jak więzień, jak skazaniec - nigdy nie zaznasz wolności. 
- Czytałem. Romans, który zszokował cały kraj. - Odparł głębokim tonem. 
- Piękna, młoda kobieta która stroni od wszystkiego co uznawało się za dobrą rozrywkę. Pełnij jedynie swój obowiązek. A kiedy pojawia się hrabia Aleksy, wprowadza w jej życie namiętność, jakiej nigdy nie zaznała. I zniszczenie, którego nie da się cofnąć.
Czujesz jak iskra podąża po twym bladym licu, pozostawiając za sobą rumiany ślad. W każdym dotkniętym skrawku, odczuwasz rozprzestrzeniające się ciepło. Pragniesz, by sięgnęła swego źródła. Rosła, rosła i rosła. Aż z małej iskry rozpali się pożar. 
- Uczucie, które od początku było skazane na potępienie. Uczucie, dla którego Anna poświęciła wszystko. Łącznie ze swym życiem.
Żelazne liny pękają, kajdany rozsypują się w miniaturowe cząsteczki. Unosisz się na własnych, odrętwiałych nogach stawiając pierwsze kroki. Podążasz przez, rozszczepione siłą, metalowe kraty więzienia. Wypełnia cię euforia. Wdychasz zapach wolności, radując się każdą chwilą. Jednakże to wszystko jest jedynie iluzją. 
Mimo wolności, jesteś więźniem - opuszczając klatkę, pędzisz ku egzekucji.
- Wiesz co najbardziej podobało mi się w tej książce? - Zadała pytanie, opierając się przedramionami o kant fortepianu. Różowowłosy przeniósł na nią swój wzrok, oczekując na
odpowiedź. - Miłość nigdy nie pyta "dlaczego".



Kąciki ust wygięły się w delikatnym uśmiechu. Przejechała palcami po drewnianych drzwiach, spoglądając przez niewielką szparę na dwie osoby bliskie jej sercu. Ta piękna melodia wciąż grała wewnątrz umysły Heartfilii. Miała ochotę podejść do partnera, ująć go za silne dłonie i płynąć po parkiecie. Całować, pieścić, dotykać, rozkoszować się doskonałym ciałem zabójcy. Mieć go tylko dla siebie i powiedzieć czule kocham cię
Odsunęła się od sali, ruszając w stronę swego pokoju. Zarzuciła blond włosy na jedno ramię, przeczesując je wypielęgnowanymi paznokciami. 
Piosenka, do której tańczyła na balu, słowa Layli oraz melancholijna kołysanka Natsu przeplatały się nierówną linią melodyczną, nie dając o sobie zapomnieć.
Podczas gdy Lafee śpiewała "Dlaczego to mnie kochasz?" Lucy zadawała takie samo pytanie ukochanemu. Zawsze uśmiechał się do niej szarmancko, muskał szorstkim dotykiem, namiętnie lub czule całując. Teraz rozumiała co chciał jej przekazać.
Miłość nigdy nie pyta "dlaczego".

♦  ♦  ♦

4 października 2014, Hotel Shibuya, Tokio

Otworzyła powoli zaspane oczy, mając przed sobą najcudowniejszy widok, jakiego mogła zapragnąć. Jego kuszące, lekko uchylone usta owiewały jej twarz gorącym oddechem, przydługa grzywka niesfornie opadała na czoło, zaś drżące powieki, okalał sen. Wyglądał młodo i beztrosko - nie mogła oderwać od niego wzroku. Był jak dzieło sztuki, warte miliony, a jednak pozostawał bezcenny. Silne ramiona miażdżyły ją w opiekuńczym uścisku, a zwinne palce muskały dotykiem zgięcie pleców. Ich nogi były splątane, zupełnie jakby usiłowali stać się jednością.
Rzadko mogła podziwiać go w tak inspirującej odsłonie, dlatego napawała się każdą mijającą sekundą. Zerknęła na zegarek, który wskazywał trzecią w nocy. Przez ogromne okno wpadały pojedyncze promienie Słońca, które stopniowo wyłaniało się znad majestatycznych i potężnych budowli, jakie budowały Tokyo. Opuszkami palców musnęła kość policzkową Dragneela, wyginając kąciki ust ku górze w geście delikatnego uśmiechu.


♦  ♦  ♦

Lucy stała w kuchni szykując pobudzającą kawę na dzień dobry, ze zdrowo smażonymi naleśnikami z dodatkami owoców. Miała na sobie starą koszulkę Dragneela i czarne, koronkowe majtki. Postawiła śniadanie przy barku, by mogli zasiąść na wysokich krzesłach, po czym udała się do sypialni w celu obudzenia ukochanego. Jej bose stopy nie wydawały żadnych odgłosów podczas przemieszczania się. Zachichotała, kiedy oczom blondynki ukazał się wciąż śpiący Natsu. Kołdra ledwo sięgała jego bioder, włosy były jeszcze bardziej potargane niż zazwyczaj, a sam chłopak rozwalił się niemal na całym łóżku.
- Panie Dragneel, czas wstawać. - Wyszeptała, tworząc barierę ze swych nóg i rąk. Zawisła nad nim na czworaka, wpatrując się w jakże przystojną twarz. Nie spodziewała się, iż różowowłosy chwyci ją w ramiona i szybko zmieni pozycję, przygwożdżając ją do łóżka.
- Dzień dobry. - Ściszył głos, złączając ich usta w porannym pocałunku. Wplątała palce w rozmierzwione włosy, rozkoszując się doskonałym smakiem ust kochanka.
- Chodź na śniadanie. - Cmoknęła go w nos, ani na chwilę nie pozbywając się uśmiechu. Chłopak wypuścił ociężale powietrze z ust, wyginając kąciki ust ku górze. Kochała go takiego - kiedy się uśmiechał wyglądał młodo, przepięknie, beztrosko i jeszcze bardziej seksownie. 
Siadł przy "barze", pociągając duży łyk pobudzającej kofeiny. To dokładnie to, czego potrzebował. Przeczesał długimi palcami włosy, uważnie obserwując każdy ruch blondynki. Wziął pierwszy kęs przepysznie usmażonych naleśników, wprost rozpływających się w ustach a owocowe dodatki sprawiły, iż ich smak był jeszcze bardziej urozmaicony. 
- Przepyszne. - Westchnął zafascynowany tym rajem dla podniebienia. 
- A spróbowałbyś powiedzieć, że smakuje inaczej. - Zażartowała stopniowo pozbywając się swojej porcji. Dragneel wydobył z siebie perlisty śmiech, wywołując tym drobnym gestem motyle w brzuchu ukochanej. 
- O której zaczynasz zajęcia? - Zapytał spoglądając na Heartfilię wzrokiem przepełnionym troską, miłością i milionem gorących uczuć. 
- O dziewiątej...rany! Jak mi się nie chce! - Przeciągnęła się, rozprostowując wszystkie kości. Ziewnęła przeciągle, chwytając kubek kawy. Upiła niepełny łyk, czując przepyszne drobinki kofeiny pieszczące kubki smakowe.
Dragneel zaśmiał się, chowając pusty talerz do zmywarki. Przetarł twarz dłonią, zahaczając o szorstki zarost.
- Zawiozę cię, a później pojadę załatwić pewne sprawy. Zadzwoń jak skończysz, to przyjadę. - Zaproponował przeczesując włosy palcami. Dziewczyna jedynie skinęła głową, również chowając naczynia "do mycia". Stanęła przed Dragneelem, składając delikatny pocałunek na podbródku. Dłonią powędrowała na umięśnione ramię, przez szczupłą talię, aż spoczęła na twardym brzuchu.
- Zagrasz kiedyś dla mnie? - Wyszeptała.

Ujął brodę dziewczyny w dwa palce - kciuk i wskazujący - unosząc ku górze. Otarł ich usta o siebie, z precyzją złączając w pocałunek. Oparła ręce o biodra Salamandra, nie potrafiąc odmówić namiętnych pieszczot. Potrafił ją skusić słowem, gestem, spojrzeniem - jest pokusą, której nie sposób się oprzeć.
- Zbieraj się. - Rozkazał odgarniając blond pasmo za ucho. Musnął wargami czoło Heartfilii.
- Dobrze, proszę pana. - Zaśmiała się, wykonując polecenie.

♦  ♦  ♦


Granatowe, luźniejsze spodnie, zwężane ku kostkom doskonale komponowały się z czarnymi litami na brązowym obcasie. Biała, dopasowana bluzka, idealnie eksponując kobiece walory studentki. Rękawy sięgające do łokci, pozwalały na podziwianie eleganckiego zegarka od Jordana Kerra. Ciemnobrązowy, skórzany pasek, srebrna obramówka z tarczą w kolorze ecru. Przy dekolcie trzy, niewielkie guziczki. Blond włosy upięte w niedbałego koka. Czekoladowe tęczówki otoczone wachlarzem wytuszowanych, gęstych rzęs. Ruchoma część powieki pomalowana beżowym, lekko mieniącym się cieniem. 
Siedziała na miejscu pasażera, przeglądając notatki z ostatnich wykładów. Kątem oka zerknęła na, prowadzącego samochód, Dragneela.
Ciemne, proste jeansy w komplecie z białym t-shirtem oraz czarną, sportową kurtką doskonale pasowały do tego samego koloru półbutów. Podwinięte rękawy pozwalały na podziwianie charakterystycznego tatuażu. 
Ich milczenie przerywało ciche granie radia, z którego dobiegał głos Beyonce zawodzącej smętnie utwór "1+1".
Skupienie przerwał dzwonek telefonu różowowłosego. Spojrzał na wyświetlacz, jedną ręką trzymając kierownicę.
- Co jest? - Zapytał stanowczo, wysłuchując głosu znajomego. - No mam niby po drodze i...No...Ale gdzie? - Milczał przez kilkadziesiąt sekund. - Pod twoje nazwisko czy...Dobra...No...I zawieść jej to od razu?...Nie ma sprawy. - Zaśmiał się krótko, zatrzymując samochód na sygnał czerwonego światła. - No to na razie. - Zakończył połączenie, chowając urządzenie do kieszeni.
- Kto dzwonił? - Wyciągnęła zeszyt A5, z czarnej, skórzanej torebki, szukając odpowiednich zapisków.
- Jellal. Dostał nagłe zlecenie i prosił, żebym coś zawiózł Erzie. - Wyjaśnił, opierając przedramię o uchyloną szybę. Wypuścił powoli powietrze z ust, ruszając za zgodą zielonego sygnalizatora. 
- Pozdrów ją ode mnie. -Poprosiła, podnosząc z podłogi upuszczoną kartkę. - Kiedy wracasz do pracy?
- Kiedy dostanę odpowiednie zlecenie. 
Skręcił na parking uczelni, zajmując wolne miejsce. Wysiadł razem z Lucy, wyciągając papierosa i zapalniczkę. 
Poprawiła czarny, zamszowy płaszcz, sięgający zakończenie ud. Schowała wszystkie zapiski, zamykając torebkę. Jasnoszary dym rozmył się tuż obok jej głowy, co spowodowało iż przeniosła wzrok na partnera. Wolałaby zostać z Dragneelem, jednak doskonale zdawała sobie sprawę, że nie pozwoli jej zostać w domu. Zbyt dużą wagę przywiązywał do jej edukacji. 
- To dam znać o której kończę. - Uśmiechnęła się ciepło, całując różowowłosego w policzek. 
- Dobrze. - Rzucił papierosa na ziemię, by ucałować czoło Heartfilii. - Pa. - Odprowadził blondynkę wzrokiem, póki nie weszła do budynku. Dopiero wtedy był pewien, że może odjechać. Westchnął ciężko, przeczesując włosy palcami. 



Mechanik "Rakuen no Tou", Tokyo

- Dobry! - Krzyknął wchodząc do warsztatu, gdzie pracowała Erza Scarlet. Rozejrzał się po pomieszczeniu, poszukując szkarłatnych włosów. Chwycił w dłoń klucz francuski, uderzając nim o metalowy stół, na którym panował kompletny nieład. Głośny brzdęk rozniósł się, denerwującym echem, niemal w całym warsztacie. Potarł kark, słysząc dobrze znane kroki.
Grafitowy, znoszony strój mechanika, opuszczony do bioder. Biała, krótka bokserka umorusana smarem. Ciemno-beżowe, wyjątkowo wytrzymałe damskie buty, przeznaczone do chodzenia w trudnym terenie. Szkarłatne pasma związane w niedbałego, wysokiego kucyka.
Uśmiechnęła się na widok przyjaciela, wycierając zapracowane dłonie. Cmoknęła Dragneela w policzek, na powitanie, rzucając ścierkę na stół.
- Dostawa dla panny Scarlet.
Wyjął z bagażnika samopowtarzalny, wielokalibrowy karabin wyborowy, skonstruowany w amerykańskiej firmie Barrett. Karbowana i podłużnie żłobiona lufa, na końcu której zamontowano dwukomorowy hamulec wylotowy, zmniejszający odrzut karabinu. Szyna montażowa najnowszej wersji, pozwalająca na zamontowanie każdego celownika zgodnego z normami NATO. Dodatkowo wyposażony w kolbę z podporą tylną. Magazynek pudełkowy, zawierający dziesięć naboi. 
Oczy zabójczyni zabłysły na widok Barretta M82A3, uznawanego za najniebezpieczniejszą broń snajperską. Odebrała "prezent" od Salamandra. Gdyby mogła, od razu przetestowałaby skuteczność nowej zdobyczy. 
- O rany! Dzięki! Już myślałam, że się nie doczekam! 
Zachichotał na reakcję przyjaciółki. Czasem potrafiła być naprawdę słodka i urocza, ale lepiej nie mówić tego na głos. Albo się zarumieni, albo przestrzeli ci głowę.
- Nie ma żadnych zleceń? - Westchnął ociężale, wyciągając ostatniego Black Devila. Wydał z siebie jęk zaniedowolenia na ten fakt. 
- Gra się zaczęła. Ludzie wyczuwają zagrożenie, więc liczba zleceń drastycznie spadła. - Ton Tytanii był poważny, wyrażał pewność siebie oraz dumę godną królowej.
- Mimo wszystko...jest za cicho. -  Odchylił, delikatnie, głowę w tył wypuszczając obłok nikotynowego dymu z ust. 
Każdy z nich, choć wydawał się spokojny - była to jedynie sceniczna maska. Niepewność, strach, obawa, tęsknota - wypełniały ich skołatane myśli. Z chwilą rozpoczęcia gry powróciły wszelakie wspomnienia, przeciążone bólem, rozpaczą oraz goryczą. 
- Dobra, ja spadam. Trzymaj się i uważaj. - Objął ją po przyjacielsku, trzymając fajkę wargami.
- Ty też. - Odparła ciepłym tonem.
- A i Lucy cię pozdrawia! - Krzyknął na odchodne, wsiadając do samochodu.
- Dziękuję! Też ją pozdrów! 
Uśmiechnął się pod nosem, odpalając silnik.



Godziny szczytu w Tokyo, doskonale przedstawiały jego piękno, niesamowitość. Zniszczone w czasie wojny, przez amerykańskie naloty, miasto ze zróżnicowaną, miejscami chaotyczną zabudową. Wielkie drapacze chmur sąsiadujące z niską, gęstą zabudową małych domków i wąskich uliczek. Mnóstwo wielkich domów handlowych, jak i małych butików świetnie zaopatrzonych we wszystkie towary, a także orientalne bazary. Ogromne ilości samochodów, zapychających ruchliwe ulice miasta. Tysiące ludzi, gnających w znanym sobie kierunku, nie zatrzymujących kroku nawet na moment.
Stanął na czerwonych światłach, przykładając palce do skroni. Wpatrywał się w ślepy punkt. Westchnął cicho, wyciągając plik kartek i dokumentów ze schowka. Prędko nie ruszy, więc miał sporo czasu. 
Czytanie przerwał mu, po raz kolejny dzisiaj, dzwonek telefonu. 
- Słucham? - Jego ton był stanowczy i poważny.
- Natsu możesz przyjechać? Potrzebuje pomocy. - W słuchawce rozbrzmiał podenerwowany głos Cany.
- Co się... - Zastanowił się chwilę. Sądząc po tonie Alberony nie było czasu na zbędne pytania. - Gdzie?
Wrzucił dokumenty do schowka, bacznie obserwując sygnalizację. Będzie musiał nagiąć przepisy drogowe.
- Victin Street.
Zmarszczył brwi, słysząc tą nazwę. Okolica nazywana Ulicą Ofiar - najniebezpieczniejsza, najgorsza miejscowość. Czarny rynek, krwawe zbrodnie, brudne interesy. Właśnie z tego była znana Victin Street. Każdy, kogo przeraża przestępczy świat, kto chce żyć spokojnie - trzyma się z dala od tego miejsca.
- Zaraz będę. - Kiedy błysło zielone światło, z impetem nacisnął pedał gazu, omal nie zderzając się z innym samochodem. Mimo wszystko zachował koncentrację i spokój. Gwałtownie skręcił w prawo, nawet nie zważając na znaki drogowe, sygnalizację, bezpieczeństwo. W ostatniej chwili uniknął stłuczki z ciężarówką. Z piskiem opon wjechał w jedną z uliczek, wypatrując szatynki.
Obcisłe, ciemnogranatowe spodnie, eksponujące długie nogi wraz z czarnymi kozakami na grubym obcasie, ułatwiającymi ewentualną ucieczkę i szybkie przemieszczanie się. Szara, luźniejsza bluzka, z kieszonką na piersi kontrastowała z czarną, skórzaną kurtkę. Brązowe fale luźno opadały na plecy i piersi, prawie sięgając pasa. Długie rzęsy, wyraźnie podkreślone tuszem oraz eyelinerem, podążającym za naturalną linią powieki. 
- Wsiadaj! - Zatrzasnęła drzwi, cała zdyszana. Dragneel od razu ruszył w dalszą drogę, wtapiając się w ciągły ruch uliczny. Kątem oka spojrzał na przyjaciółkę, żądając wyjaśnień.
- Miałam zdobyć informacje o facecie, który podobno handluje bronią i ma wtyki w Rosji. Reszta zlecenia miała być dla ciebie.
- Pozbyć się tego kolesia? - Uniósł jeden kącik ust ku górze, w krzywym uśmiechu.
- Nie. Jego paru klientów. - Zaskoczyła różowowłosego.
- Przecież to nie ma sensu. - Nie odrywał wzroku od drogi. W każdej chwili mogli zostać zaatakowani.
- Tutaj mam wszystkie potrzebne informacje. - Pokazała niewielki plik, trzymając przedmiot w dwóch palcach. - Co z tego, że zabijesz handlowca, skoro główne zagrożenie stanowią kupcy.
- W sumie...pozbywając się ich zdobędę więcej informacji, równocześnie likwidując zagrożenie. Zaś on, tracąc klientów, powoli zadłuży się u swojego "szefa", a kiedy nadejdzie czas zapłaty...oni sami wystawią się na strzał.
Alberona uśmiechnęła się, unosząc dumnie głowę.
- A jednak jesteś inteligenty. - Dogryzła przyjacielowi, na co ten zachichotał, równocześnie ciesząc się na zlecenie. - Uważaj! - Krzyknęła ostrzegawczo, dzięki czemu Dragneel w ostatniej chwili uniknął wgniecenia lewego boku samochodu. Tracąc panowanie nad pojazdem, cudem ominął przechodniów. Zahamował gwałtownie, przez co pasy pozbawiły go chwilowego oddechu, tak samo jak Canę.
- Kto to kurwa był? - Warknął zduszonym głosem, kaszląc. Rozmasował obolały kark, zwracając wzrok na fioletowooką. - Nic ci nie jest?
- Nie. - Odparła, rozglądając cię dookoła. - Raven Tail. - Odpowiedziała na wcześniejsze pytanie Salamandra, przypominając sobie sprawcę wypadku.
Zacisnął zęby, napinając wszystkie mięśnie. Uderzył dynamicznie w kierownicę, czując rozsadzające go nerwy.


♦  ♦  ♦

Biuro Raven Tail, Tokyo

- On miał nie żyć! Nie potraficie nawet tego zrobić porządnie!? 
Ivan uderzył dłońmi o blat. Flare wzdrygnęła się na ostry ton głosu szefa. Odwróciła wzrok, zaciskając usta w wąską linię.
- Byłam pewna, że...
- Chcesz mi wmówić, że widziałem ducha?! Macie się go pozbyć! I jego, i Fullbustera, i Scarlet! Stanowią największe zagrożenie! A później powystrzelać wszystkich! Nie chcę widzieć ani jednego skurwysyna z Fairy Tail! 
W pomieszczeniu zapadła grobowa cisza. Nie mogli się sprzeciwić, wyrazić własnego zdania. Skupiali się wyłącznie na wyznaczonym celu - wyeliminowaniu wszystkich przeciwników, zaczynając od najsilniejszych. Liczy się wyłącznie wygrana.
Stań się katem lub skazańcem.

♦  ♦  ♦

Biuro Fairy Tail, Tokyo

- Natsu uspokój się. - Westchnął Makarov, wkładając zdobyty przez Alberoną plik do nowoczesnego, czarnego laptopa marki Vaio. 
- Jak mam być, kurwa, spokojny?! - Krzyknął, kopiąc w krzesło, które przewróciło się z hukiem. - Najpierw ta suka próbowała mnie otruć, teraz chcieli nas rozgnieść! Nie będę czekał na następny atak, tylko pójdę tam i wszystkim rozpierdolę! 
- Zamknij w końcu ryj! 
Fullbuster poczuł jak przyjaciel łapie go za bluzkę i przyciska do ściany.
- Co żeś powiedział? - Warknął przez zaciśnięte zęby, uderzając brunetem o mur. Buzowały w nim emocje, nad którymi nie potrafił zapanować.
- Darciem mordy niczego nie załatwisz!
- Spokój! - Między nimi stanęła Erza, odpychając od siebie mężczyzn. Grzywka opadła na brązowe oko, dodając Tytanii dzikiego i władczego uroku. Wiedziała jak partnerzy potrafią być agresywni wobec siebie, zwłaszcza kiedy w grę wchodzi śmierć. Chociaż każdy  z nich posiada piękną odsłonę, w której już dawno przestał występować.
Czasem wciąż marzy, by po raz kolejny spotkać jego jako pianistę.

Przychodził tu co najmniej raz w tygodniu. Zasiadał przy ogromnym, kruczoczarnym fortepianie, który teraz pokrywały warstwy kurzu, tysiące rys. Za każdym razem jego długie palce artysty szpeciły co raz to nowsze rany. Z precyzją, spokojem grał przepiękną melodię. Skryta za zniszczonym filarem, rozkoszowała się każdą nutą, kuszącą ku charyzmatycznemu tańcu. 
Jego oczy - pozbawione radości grania - przepełnione bólem, tęsknotą, strachem. A jednak dostrzegała w drgających kącikach ust finezję - godną kochanka muz. 
Podziwiając go za każdym razem, pewnego dnia poniosła ją melancholia.
Stawiając jedną stopę obok drugiej, kołysząc się na palcach płynęła po zniszczonym parkiecie. Lekka jak piórko, wolna jak ptak, piękna jak królowa. Uśmiech rozświetlił młodą twarz, brązowe tęczówki błyszczały radością, szkarłatne pasma plątały się w tańcu, niczym karmazynowa rzeka. Choć majestatyczna, jakże brutalna. 
Muzyka ustała, a ona zderzyła się z silnymi ramionami. Podnosząc wzrok, po raz pierwszy ujrzała jego oblicze.
- Stanie za filarem zrobiło się nudne? - Zaśmiał się, ukazując rząd białych zębów. Odwzajemniła gest, zarzucając długie włosy na ramię.
- Nie znasz innych melodii, pianisto? 
Emanowała dumą i siłą, której pożąda każdy śmiertelnik.
- A czy artysta nie jest znany z jednego utworu? - Nigdy nie dawał za wygraną, jeśli chodziło o wyrażanie własnego zdania. Jednakże, widząc piękne oblicze szkarłatnowłosej, na powrót usiadł przy instrumencie, kładąc palce na klawiszach. - Nie umiem czytać nut, zapisywać linii melodycznej. Dlatego gram wyłącznie tę piosenkę.
Uśmiechnęła się, naciskając wskazującym palcem biały klawisz. Drugą dłonią musnęła jego umięśnione ramię. Powędrowała spojrzeniem na rękę oszpeconą bliznami, cięciami, poparzeniami. Choć piękny, wyjątkowy - potępiony gehenną.
Efemeryczna, żywiołowa, a mimo to wciąż piękna, melodia niosła swe nuty ku nowej ścieżce. Dźwięki odbijające się od zniszczonych, filharmonijnych ścian. Frunęła po zniszczonym parkiecie, niczym wróżka tańcząca w skrytości tchnienia wiatru. Niewidzialne skrzydła niosły ją w takt magicznej kompozycji. Harmonią był taniec wśród akompaniamentu. Chaosem oni wewnątrz świata.

Otrząsnęła się ze wspomnień, nie spuszczając wzroku z różowowłosego. Jego imię, nazwisko, wiek, przywileje, zainteresowania - przez długi czas były tajemnicą, zupełnie jak on. Nazywany pianistą, pozostawał jedynie kochankiem wśród melodii. 
- Macie ich wszystkich znaleźć i powystrzelać. Tak jak zawsze, bez świadków, bez śladów. - Zmierzył ich stanowczym spojrzeniem Mastera, chcąc zapewnić, iż to on posiada władzę. Mężczyźni skinęli głowami w geście zgody, odbierając odpowiednie dokumenty. - I jeszcze jedno. Macie to przeżyć!
Rozkaz wydany nie jako szef, lecz troskliwy opiekun. Szorstki ton rozkazu, krył czułość prośby zwróconej do Boga. 
Pewnym krokiem, z delikatnymi uśmiechami, wyszli z siedziby Fairy Tail gotowi na wykonanie zadania. Nowe niebezpieczeństwo, nowe wyzwania, po stokroć większe niebezpieczeństwo. Zlecenia podczas gry są jak wędrówka ku egzekucji. 
Jednakże - czy taka kara może spotkać jego twórcę?
- Erza. Przypilnuj ich. - Oparł czoło o splecione palce, przymrużając powieki. Ile ich zginie? Jak wielkie poniosą straty? Jak zakończy się kolejna gra? 
- Tak jest. - Uśmiechnęła się zmysłowo, płynnym ruchem tworząc piruet. Dumnym krokiem ruszyła ku wyjściu, odgarniając szkarłatne pasmo za ucho. 
Czas zatańczyć do zupełnie innej melodii, niż tej która poprowadziła ją ku koronie królowej.


♦  ♦  ♦

Hotel Shibuya, Tokyo

Lucy siedziała na kanapie czytając notatki z dzisiejszych zajęć. Przebrała się w seksowną, czarną haleczkę oraz pasujące do niej koronkowe majtki. Blond pasma spływały po kruchych ramionach, opadając na plecy i piersi. 
Upiła łyk, zimnej już, herbaty Earl Grey przewracając stronę. Natsu siedział w swoim gabinecie, do którego dziewczyna nie miała wstępu. Zacisnęła usta w wąską linię, powstrzymując się przed pobiegnięciem w ową stronę. Co on ukrywał?
Przeglądał wszystkie otrzymane dokumenty, potrzebne do wykonania zlecenia. Przetarł oczy palcami, czując że wszystkie litery na ekranie zaczynają zlewać się w jedno. Wciskając jeden klawisz, w pomieszczeniu rozbrzmiał dźwięk drukarki. Oparł policzek na dłoni, patrząc głucho w ekran laptopa. 
Ulegając pokusie otworzył szufladę biurka, sięgając na samo dno. Zniszczona, wyblakła fotografia przedstawiająca piękną, różowowłosą kobietę. Ciepły uśmiech zdobiący promienne lico. Błyszczące, czarne oczy. Przejechał kciukiem po powierzchni zdjęcia, zaciskając warki w wąską linię, by po chwili ich kąciki mogły unieść się ku górze.

- Świetnie ci idzie. - Pochwaliła syna, dalej prowadząc go poprzez melodyczną ścieżkę nut kołysanki. Ucałowała chłopczyka w czubek główki, obdarowując poczuciem miłości i bezpieczeństwa.
Człowiek, nie wie kiedy nastanie koniec. Lęka się śmierci, która wyciągnie po niego swe szkaradne dłonie, owinie chłodnym oddechem i pociągnie do tańca, białego i zimnego jak kość. Koniec nastanie niespodziewanie, w najmniej oczekiwanym momencie.
- Kiedyś nauczę się grać tak ładnie jak ty! - Zapewnił pewny swego zdania z szerokim uśmiechem. Małe palce błądziły wśród czarno-białych klawiszy.
- Mam nadzieję, że jeszcze ładniej! - Odpowiedziała perlistym chichotem. Przymrużyła powieki, obserwując ukochane dziecko. 
A więc graj melodię, do której taniec jest harmonią. Pianisto.

- Natsu! Natsu mogę wejść? - Obudziło go pukanie do drzwi. Pospiesznie schował zdjęcie, nie zauważając jak upada na podłogę. 
- Tak. - Odparł, wracając do pracy. Posłał dziewczynie słodki uśmiech, zamykając wszelkie dokumenty. Jeśli będzie znała choć najmniejszy szczegół, będzie narażona na niebezpieczeństwo. Oparła się o biurko, krzyżując ramiona na piersi. - Nauczona? - Przejechał dłońmi po smukłej talii, rozkoszując się kuszącym wyglądem ukochanej. 
- Na sześć. - Zażartowała, zarzucając ręce na szyję różowowłosego. - A ty? Skończyłeś?
- Oczywiście, co do najmniejszego szczegółu. - Sprawnym ruchem pociągnął ją na kolana, chowając głowę w zagięciu między szyją a ramieniem. - Idziemy spać?
- Możemy iść do łóżka...nie koniecznie spać. - Przeczesała palcami rozmierzwione włosy, pocierając czubkiem nosa o zarysowaną szczękę Dragneela.
- Kusząca propozycja. To dlatego ubrałaś ten strój? - Zachichotał muskając opuszkami palców nagie udo blondynki. Zadrżała pod dotykiem kochanka, delikatnie całując miękkie wargi. - Zadzwonię tylko do Graya, żeby coś uzgodnić. - Poklepał ją po biodrze, aby zeszła. Chwycił telefon, wybierając odpowiedni numer, po czym wyszedł z pokoju.
Siedziała na, ogrzanym przez Salamandra, krześle rozglądając się dookoła.  Przeniosła wzrok na swoje bose stopy, badając wzrokiem podłogę. Jej uwagę przykuła prostokątna kartka spoczywająca na panelach. Schyliła się, podnosząc znalezisko.



Zmysłowym dotykiem przejechał po gładkim ramieniu, by spocząć dłonią na zagięciu między szyją a ramieniem. Długie palce pianisty muskały aksamitną skórę, niczym klawisze na swym instrumencie. Miękkie usta pieściły ciało jak melodię, graną z głębi duszy.
- Graj melodię, do której mogę śpiewać. - Wyszeptała do ucha Natsu, przygryzając jego płatek. Złączyła ich wargi w namiętnym, pełnym pasji pocałunku. - Jaka ona jest? - Zapytała błądząc dotykiem po umięśnionym brzuchu. Składała na nim pieszczoty, owiewając ciepłym oddechem.
- Delikatna.
Wymruczał wplątując palce w blond włosy. 
- Cicha. 
Ucałował jej podbródek. 
- Pełna pasji.. 
Odwrócił dziewczynę na plecy, by znów posmakować słodkich ust.
- Namiętności...
Przesunął ręką po smukłej talii, kreśląc niewidzialną linię melodii.
- I rozkoszy.
Ujęła tył jego głowy, pewnym ruchem przyciągając do swej twarzy. Wykonywane przez nich gesty były tańcem do melancholijnej melodii. Choć monotonne, pełne namiętności. 
Zaznaczyła, wskazującym palcem, linię kręgosłupa ukochanego. Westchnęła z rozkoszy, kiedy wypełniał ją powolnymi ruchami. Obdarowywał długą szyję delikatnymi muśnięciami ust. Zassał się na jasnej skórze, tworząc soczystą malinkę. 
- Graj dalej...
No. Dodaję rozdział, chociaż miałam dodać jak będzie 15 komentarzy, ale o czym ja w ogóle marzę. Mam nadzieję, że całkowicie nie zepsułam tego rozdziału, choć mam takie wrażenie. Czuję to w kościach. Trudno się mówi. Co ciekawe te sceny z akcją pisałam w szkole, te bardziej "artystyczne" wieczorem w domu. Nie rozumiem mojej weny.
Sceny są śmiesznie pourywane, ale przynajmniej mam wątki rozwinięcia. 
Trzeba zacząć jakąś akcję na porządnie i zacznie się rozwijanie wątków przeszłości. Może jakoś to pójdzie. Na święta i tak nigdzie nie jadę, tylko siedzę w domu, więc postaram się pisać. Ale nie obiecuję, bo najwięcej - jak same wiecie - zależy od weny. 
W odtwarzaczu są melodie grane przez Natsu. 
No to kochane, mam nadzieję, że choć w najmniejszym stopniu się podobało!